czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział 18 --> Anxiety

At last. Po przerwie nieprzyzwoicie wręcz długiej przedstawiam Wam rozdział 18, długością niestety niezbyt imponujący. Zmieniany był tyle razy, że szkoda gadać. Stąd między innymi to opóźnienie.
Nie mówię nic więcej, moje paplanie jest właściwie zbyteczne. Chcę jedynie przeprosić.
Pozdrawiam,
Kinnisidee 3:}







***


                    Frigga siedziała na złotym krześle ustawionym na podwyższeniu, tuż obok tronu swego męża. W milczeniu obserwowała egzekucję, starając się nie okazywać targających nią od wewnątrz uczuć. Kat wykonywał swą pracę niby od niechcenia, jednak każde uderzenie wymierzone było z niesamowitą siłą i precyzją. Bat raz po raz z cichym świstem opadał na blade plecy jej młodszego syna, a ona nie mogła nic zrobić, by przerwać jego cierpienia. 
                     Gdyby to od niej zależało, gdyby miała chociaż najmniejszy wpływ na wybór kary... Starała się w wyperswadować Odynowi pomysł zastosowania przemocy. Bezskutecznie. Wysłuchał jej słów tylko przez wzgląd na to, kim była. Wysłuchał, po czym po chwili milczenia posłał po więźnia z rozkazem przyprowadzenia go do sali, w której obecnie się znajdowali. Nie pomogły żadne argumenty, ani prośby. Trwał niewzruszenie w swej decyzji.
                      W końcu wymierzono ostatni, pięćdziesiąty bat. Kat przerzucił narzędzie tortur przez ramię, skłonił się, w milczeniu wycofał w cień pobliskiej kolumny. Loki klęczał z nisko zwieszoną głową, pozwalając, by jego czarne, potargane włosy przysłoniły umęczoną twarz. Każdemu ciężkiemu oddechowi towarzyszyło drżące poruszenie klatki piersiowej. Był przytomny, jednak przez oszołomienie nie do końca świadom tego, co działo się dookoła. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że rzemienie nie smagają już jego ciała. Poruszył się lekko, ostrożnie.
                      Położyła dłoń na ramieniu męża, ten jednak strącił ją delikatnym ruchem i podniósł się ze swego miejsca. Spojrzała na niego ze smutkiem, gdy spomiędzy jego warg wyrwało się ciche sapnięcie. Wszyscy stojący najbliżej tronu również musieli usłyszeć ten dźwięk świadczący o wyczerpaniu, o słabości potężnego króla, jednak stosownie nie dali po sobie niczego poznać. 
                      Odyn nieśpiesznie podszedł do klęczącego, zatrzymał się tuż przed nim i wyciągnął dłoń, oferując tym samym pomoc.  
- Wstań synu.
Po sali rozniósł się głośny śmiech. Loki zatrząsł się w spazmach urywanego, zachrypniętego rzężenia. 
- Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem nim - odparł w końcu. - I nigdy nie byłem.
Wstał o własnych siłach, chociaż nie budziło wątpliwości, że każdy ruch przychodził mu z niemałym trudem. Poranione mięśnie pleców pracowały, zmuszając ciało do przybrania wyprostowanej postawy. Starając się ukryć wysiłek, którym opłacił pełne wyprostowanie się, uniósł dumnie podbródek i zmierzył tłum wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. Znała go tak dobrze. Zawsze starał się ukrywać swoje słabości pod pozornym przekonaniem o swej wyższości nad innymi. Jego twarz była chorobliwie blada, przybrała odcień niemal zupełnie odpowiadający barwie śniegu. Pod błyszczącymi, zielonymi oczami rozlewały się ciemnofioletowe cienie - ślady pozostawione przez wycieńczenie. Pogłębiły się od momentu, gdy widziała je po raz ostatni, zanim jeszcze zaczął skrywać swój prawdziwy wygląd pod złożoną iluzją. Powodowały, że jego twarz sprawiała wrażenie bardzo wychudzonej, zmarnowanej. Bezbronnej, a zarazem przerażającej.
                       Nagle spojrzał wprost na nią, nawiązał kontakt wzrokowy. Zalała ją nagła fala przejmującego smutku. Wiedziała do czego to wszystko zmierzało. Wiedziała kim stał, lub kim w najbliższym czasie miał stać się jej syn. Widziała to w tych chłodno patrzących, pustych oczach. Łzy pojawiły się nagle, nim zdążyła się opanować. Dostrzegł to natychmiast. Wykrzywił twarz w gorzkim uśmiechu i trwał tak, uważnie ją obserwując. Patrząc na jego oblicze uświadomiła sobie ile musiał wycierpieć w milczeniu, siedząc samotnie z początku w swej komnacie, a później w celi.  
- Do mnie - cichy rozkaz Wszechojca wyrwał ją z zamyślenia.
Myślała, że Odyn zwraca się do więźnia, on jednak ponaglającym gestem przywołał do siebie dowódcę straży i niemal szeptem wydał mu kilka instrukcji. Młody mężczyzna skinął głową, zasalutował, po czym wrócił do swych ludzi, by przekazać im słowa władcy.
                       Odwróciła głowę w bok, spojrzała na stojącego kilka kroków dalej Thora. W dalszym ciągu czuła na sobie wzrok Lokiego. Zerknęła w jego stronę. Patrzył na nią uparcie, teraz jednak jego wargi zacisnęły się w wąską linię, a w oczach pojawił się ledwo dostrzegalny cień wyrzutu. Czyżby winił ją za to, co go spotkało? Z pewnością. Miał jej za złe, że nie powstrzymała ojca i pozwoliła na skrzywdzenie go. I to w dodatku tak dotkliwe.
                       Sześciu gwardzistów otoczyło skazańca ścisłym kręgiem, separując tym samym od osób zgromadzonych w sali.  
- Wyprowadzić - w głosie boga bogów pojawiła się nuta zmęczenia i zrezygnowania.
Loki nie stawiał oporu. Wolnym krokiem, jednak posłusznie opuścił salę, nie zważając na szturchnięcia i ponaglenia padające z ust eskortujących go wojowników.




***



                       Cały ten sztuczny dramatyzm przyprawiał go niemal o dreszcz obrzydzenia. Wszystko było zaplanowane, każdy najdrobniejszy nawet szczegół. Loki miał co do tego pewność. Odyn jako współczujący, proponujący pomoc ojciec. Frigga odgrywająca rolę bolejącej nad losem syna, kochającej matki. Jej uczucia nie mogły być szczere. Nie po tym, co zrobił. Dlatego nie uczyniła nic, by mu pomóc. Dał jej powód, by nie musiała się więcej za nim wstawiać.
                       Jeszcze przed biczowaniem był skłonny żałować swych porywczych czynów. Tak, wbrew pozorom był na to gotów. Jednak podczas wymierzania kary, klęcząc tam, przed człowiekiem, którego brał za swojego ojca i patrząc w jego niebieskie oczy, uzmysłowił sobie, że byłby to czyn skutkujący jedynie dodatkową ujmą. Zostałby wysłuchany. Co do tego nie miał wątpliwości. Wszechojciec zwołałby obywateli Asgardu i pozwoliłby mu mówić, publicznie wyrazić żal za winy. Byłaby to spowiedź wzbudzająca zainteresowanie, jednak nie przyczyniłaby się w żaden sposób do polepszenia sytuacji, w której się znajdował. Został już osądzony w oczach tych wszystkich ludzi. I nie zmieniłyby tego żadne wyjaśnienia, żadne przeprosiny.
                       Gdy tylko przekroczył próg, drzwi zamknęły się powoli - tak, by zgromadzeni w sali mogli obserwować jego nieśpiesznie oddalającą się w towarzystwie strażników postać. By jeszcze przez kilka chwil mieli możliwość oglądania jego pooranych przez bat pleców.  
                        W końcu skrzydła wrót spotkały się z cichym trzaskiem, oddzielając to, co poniżone i godne pogardy, od tego, co z założenia idealne i bez skazy. Stały się symboliczną barierą między ponurą egzystencją skazańca, a boskim, niemal pozbawionym trosk życiem.
                        Szedł bez pośpiechu długim, zdającym się nie mieć końca korytarzem. Wojownicy dostosowali do niego tempo marszu, nie pośpieszali, ale i nie pozwalali zwolnić kroku. Dotarli do rogu, skręcili, gwałtownie nakazali się zatrzymać. Sześć par oczu bacznie patrzyło na każdy jego ruch. Sześć surowych, pokrytych kilkudniowym zarostem twarzy skierowanych w jego stronę.
 „ Teraz ich kolej na wyładowanie nienawiści” - pomyślał, przenosząc ciężar ciała do tyłu i odchylając się lekko na pięcie.  
Czekał na atak. Na pierwsze uderzenie, przełamanie resztek jakiegokolwiek oporu związanego z katowaniem osoby do niedawna stanowiącej część królewskiej rodziny. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Żadna zaciśnięta w pięść dłoń nie uderzyła w jego obolałe ciało. Stali w bezruchu, jakby na coś...
                        Nagle usłyszał dźwięczny odgłos uderzającego o siebie metalu, zapowiedź doznań zgoła odbiegających charakterem od tych przyjemnych. Zza rogu wyszło pięciu mężczyzn w błyszczących złotem pancerzach. Natychmiast dostrzegł gruby łańcuch przerzucony przez ramię jednego z nich. Odetchnął w duchu. Z pewnością nie było to żadne narzędzie tortur. Nowo przybyli bez słowa dołączyli do eskortującej go grupy, kiwając szybko, powściągliwie głowami na powitanie. Ustawili się w zwartym okręgu, własnymi ciałami odcinając każdą potencjalną drogę ucieczki. Jedenastu uzbrojonych wojowników na jednego, okaleczonego więźnia. Po co stosowano wobec niego aż takie środki ostrożności?
                        Bezwiednie postąpił krok na przód. Reakcja żołnierzy była natychmiastowa, profesjonalna. Zwarli szyk, kierując w jego stronę ostrza halabard. Cofnął się zaskoczony. Dostrzegł w ich twarzach coś, czego nie spodziewał się ujrzeć. Lęk. Wszystko nabrało nagle sensu. Oni się go po prostu bali. Dlatego eskortowała go tak duża grupa. Nikły uśmiech zagościł przez chwilę na jego twarzy.
                       Nie opuszczali broni. Pozostawali w pełnej gotowości na odparcie ewentualnego ataku. Zmrużył oczy, po czym wykonał zwinny półobrót w miejscu. Świeże rany zapulsowały piekielnie ostrym, odurzającym bólem, jednak nie mógł się powstrzymać. Nie miał zamiaru uciekać. W obecnym stanie byłby to czyn co najmniej niedorzeczny. Chciał jedynie sprawdzić ich czujność, zagrać im na nerwach. Rozdrażnić.
                       Nie rozczarował się. Asgardczycy drgnęli niespokojnie, pełni obaw co do jego zamiarów. Wyprostował się, uniósł dłonie w jednoznacznym geście poddania. Widząc strach wymalowany na ich twarzach, zaśmiał się po raz kolejny. Cała ta cholerna sytuacja zaczęła go bawić. Wiedzieli już do czego zdolny jest ten niepozorny, chuderlawy w powszechnym mniemaniu chłopak, który do tej pory był dla nich jedynie cieniem potężnego brata.
                        Jasnowłosy mężczyzna trzymający łańcuch wystąpił niepewnie na przód, starając ukryć swe zaniepokojenie pod groźnie zmarszczonymi brwiami. Loki jednak bez trudu dostrzegł obawę w jego oczach. Wyszczerzył zęby w pełnym uśmiechu, przekrzywił głowę w bok. Niełatwo było go oszukać, a już z pewnością nie był do tego zdolny zwykły poddany.
                        Uważnie lustrował spojrzeniem stojącego naprzeciw chłopaka i cmoknął cicho, gdy ten  wyciągnął przed siebie metalowe pęta. Dopiero teraz dostrzegł niezwykłość tego sprzętu. Nie były to zwykłe kajdany, jakie widywał wcześniej. Był to cały mechanizm złożony z pięciu oków połączonych ze sobą solidnym łańcuchem. Przenośne dyby. Jedynie to w miarę zadowalające porównanie przyszło mu do głowy. 
- Streszczaj się Balev - warknął któryś z wartowników. - Zróbmy swoje i kończmy.
Ponaglany blondyn drgnął, po czym szybko postąpił kilka kroków na przód i zatrzymał się bardzo blisko, zbyt blisko. Loki poczuł niemal dziecięcą chęć odepchnięcia go, opanował się jednak i spokojnym, nieśpiesznym ruchem uniósł ręce na wysokość bioder. Z satysfakcją obserwował zgromadzonych wokół mężczyzn. Poprawiali chwyt na trzonach halabard, poniektórzy zaciskali na nich mocno ręce, aż do zbielenia knykci. Strażnik wprawnymi ruchami spętał kajdanami jego dłonie oraz nogi w kostkach. Ostatni okrąg, nieco większy od pozostałych, zatrzasnął mu na szyi
                         Loki próbował sięgnąć przed siebie, ponownie wywołując pełne ostrożności poruszenie wśród mężczyzn, jednak w połowie ruchu został zatrzymany przez więzy połączone z górną częścią instalacji. Westchnął cicho. Uniemożliwiono mu wykonywanie jakichkolwiek gwałtowniejszych ruchów. Rozluźnił ramiona, szybko oblizał spierzchnięte wargi.  
- Ruszajmy - ponaglił. - Wykonałem swe zadanie. Zapewniłem innym rozrywkę. Teraz chciałbym odpocząć.


***